fbpx

Dzień dobry. Jest 6:30 rano, w domu panuje poranny chaos – śniadanie, sprzątanie, poranna toaleta – dzieciaki w kolejce do mycia zębów.

Wstałem pół godzinki temu, zrobiłem poranną rozgrzewkę, ugotowałem owsiankę na śniadanie i z kubkiem aromatycznej kawy siedzę właśnie na belkach drewnianych na swojej słomianej budowie i gadam do Was.

Za oknem piękny wschód słońca i pomimo, że mamy dopiero początek marca pogoda zachęca do przedwczesnych majówek – bezchmurne niebo, ciepły wiaterek i kilkanaście stopni na plusie.

Na prośbę Michała, jednego z słuchaczy podcastu,  opowiem dzisiaj kilka słów na temat mojego psa… a raczej suki – czyli zgodnie z definicją samicy psa domowego – choć słowniki młodzieżowe podają kilka innych definicji tego krótkiego aczkolwiek mocnego słowa.

Dla wprowadzenia powiem Wam jak to było u mnie z psami na przestrzeni lat.

Wychowałem się z psiakami odkąd tylko sięgam pamięcią – moi rodzice lubili te czworonogi i zawsze mieliśmy przynajmniej jednego psiaka. Były Owczarki  niemieckie, rottweilery, boksery, owczarek szkocki collie, ale przewinął się kiedyś nawet Pinczer miniaturowy potocznie zwany ratlerkiem.

Większość z nich mieliśmy od szczenięcia i bardzo się do nich przywiązywaliśmy. Wykradaliśmy się z bratem z łózka żeby się z nimi pobawić i nie rzadko zasypialiśmy z nimi w najróżniejszych miejscach i pozycjach. Niejednokrotnie, pomimo surowego zakazu rodziców, przemycaliśmy je nawet  do łóżka.

Jednak były to zwierzaki rodziców nie moje własne – sam miałem kiedyś żłówia – ale niestety mi uciekł – POWAŻNIE. Mieszkał w pudełku po butach w pokoju moim i Daniela, dokarmialiśmy go niedojedzonymi kanapkami ze szkoły co jak się okazało później nie było najlepszym pomysłem – po pierwsze bo kiedy mama się zorientowała dostało nam się za niejedzenie śniadań w szkole a po drugie bo kanapek było znacznie za dużo jak na jednego małego złówia i z czasem zaczęły pleśnieć i pojawiał się nieprzyjemny zapach i tak wałśnie dowiedziała się mama – zresztą długa historia.

Jak chodzi o ucieczkę to szczera prawda. W słoneczne dni wyprowadzaliśmy go na spacery do ogródka. Lubił kopać sobie norki w ziemi i wchodzić do nich – pewnie żeby się ochłodzić – dlatego musieliśmy go mieć stale na oku. Któregoś dnia chwila nieuwagi i… żłówia nie ma!! Już nigdy nie znaleźliśmy naszego Żółwia – może dosłownie zapadł się pod ziemie może porwał go Jastrząb – nie mam pojęcia jednak kilkugodzinna akcja poszukiwawcza nie przyniosła żadnych efektów. 

Wracając do psów.

Pierwszego psiaka kupiliśmy z żoną jeszcze w trakcie studiów w Anglii. Decyzja spontaniczna, któregoś ranka zaczęliśmy się zastanawiać czy właściciel od którego wynajmowaliśmy mieszkanie nie miałby nic przeciwko małemu pieskowi w domu a kilka godzin później – oczywiście bez żadnej konsultacji z właścicielem – kilkutygodniowy Jack Russel Terrier biegał zygzakiem po salonie a ja z Ewą, jak małe dzieci, szurowaliśmy za nim na kolanach.

Miał kilka tygodni, chyba 7, zęby miał jak mikroskopijne igiełki, dostał pudełko po butach dwie miski, jedną na jedzenie i drugą na wodę. Jadał i pijał tylko z jednej a w drugiej sporadycznie sypiał.

Nie pozwalaliśmy mu wchodzić na łóżko, jednak po kilku tygodniach z nami, przypominam że obydwoje byliśmy wtedy studentami, z samego rana wskakiwał na łóżko i dosłownie rzucał się na nas żeby wstawać i wyjść z nim do parku.

Uwielbiał aportować, był bardzo żywy i radosny, jednak panicznie bał się innych czworonogów. Albo my zbyt długo trzymaliśmy go w domu kiedy był mały i nie miał możliwości socjalizacji z innymi psami, albo jeszcze zanim trafił do nas miał jakieś nieprzyjemne starcie z innym psem. Dużo z nim pracowaliśmy i z czasem było coraz lepiej.

Kiedy po studiach wracaliśmy do Polski, postanowiliśmy uniknąć, badań krwi, procedur kwarantanny i wyrabiania paszportu i oddaliśmy go znajomej angielce, którą od kilku lat znałem z pracy. Mieszkała sama, uwielbiała zwierzęta i był najmilszą osobą jaką kiedykolwiek spotkałem.

Ktoś powiedziałby, że jak tak można, przecież pies to przyjaciel na dobre i na złe. Owszem, jednak psiak jak wspomniałem był bardzo nerwowy i z pewnością bardzo przeżył by całe to zamieszanie. Ponadto oddaliśmy go na kilka tygodni przed wyjazdem i kilka razy go odwiedzałem żeby zobaczyć czy wszystko w porządku – było mu dobrze jak na ciepłym zapiecku.

Kolejnym zwierzakiem była bokserka o meksykańskim imieniu – Tequila – przez chwilę zastanawiałem się nawet nad bardziej polskim imieniem jak choćby Warka – od warczenia oczywiście jednak ostatecznie utknęło na Tequila.

Nie rozpisując się Psina miała pozytywne ADHD. Miała więcej energii niż węgorz. Niczego sie nie bała, wszystko goniła i podskakiwała tak wysoko, że sama jej wysokość grawitacja była w szoku.

Skończyliśmy wspólnie kilkumiesięczne szkolenie i pracowałem z nią wieleeee godzin jednak nie udało mi się okiełznać tej atomowej wręcz energii. Kiedy urodził się Adam, Tequila w zabawie nieustannie go potrącała i wywracała, dlatego z przykrością musiałem znaleźć jej nowy dom po niespełna dwóch latach. Zadbałem oczywiście, żeby trafiła do kogoś lubiącego zwierzaki oraz by miała fajne warunki. Obecnie mieszka w jednej z podtarnowskich wsi, dzieli duży ogród z owczarkiem niemieckim i ma się wyśmienicie.

Przejdźmy jednak do tytułowej bohaterki dzisiejszego podcastu – SANTI.

Kiedy po wielu miesiącach poszukiwań zdecydowaliśmy wydać całe nasze oszczędności i więcej, na wymarzone gospodarstwo w górach (w górach to dużo powiedziane ale jakoś tak fajnie brzmi – piękny kawałek ziemi kupiliśmy w terenach podgórskich na wysokości około 600m nad poziomem morza) w głowach zrodziła się pewna wizja – mianowicie:  Nasza rodzina na pięknej kwiecistej łące, ciepły letni wiatr, zachód słońca, wspólnie spędzamy małe stadko owiec do zagrody a pomaga nam w tym pies pasterski…

Ale chwila kurcze nie mamy psa.

No właśnie, wszyscy zawsze powtarzali że marzenia trzeba spełniać, więc bez większego zastanowienia przetrząsnęliśmy internety w poszukiwaniu odpowiedniego psiaka. Czytaliśmy o rasach, o charakterach różnych psów, o chorobach, które im doskwierają i wiele innych rzeczach. Wstępnie decyzja zapadła, że będzie to owczarek berneński, jednak po chwili natknęliśmy się na taki opis: kiedy córka przyprowadziła pierwszy raz do domu nowego chłopaka – przy każdej wizycie przez kolejne 3 miesiące nie odstępował go na krok co krok delikatnie warcząc na niego. – koniec cycatu.

Kilka tygodni temu Santi skończyła 3 lata i jeśli miałbym użyc jednego słowa by ją opisać to byłoby to słowo NIESAMOWITA.

Szczerze, nigdy nie miałem przyjemności obcować z tak niesamowitym zwierzakiem.

razem z Kubą, przyjacielem z liceum, pojechałem po nią do miejscowości oddalonej o ponad 400 km. Miała 8 tygodni, była biała jak śnieg i puchata jak wata. Była nieco płochliwa, jednak całą drogę powrotną trzymała pysk przyklejony do mojego kolana chociaż nie była to dla niej najwygodniejsza pozycja. Tych kilka godzin w samochodzie zaważyło na tym, że prze kolejnych wiele miesięcy nie odstępowała mnie na krok. Ewa była zła mówiąc, że ten ten pies lubi tylko mnie. Jednak już po kilku miesiącach stała się nieodłącznym kompanem naszego dnia. Nawet kiedy jechaliśmy na drugi koniec polski spędzała z nami nużące godziny w samochodzie (mieliśmy dużego rodzinnego vana i w przeszklonym bagażniku czuła się jak w domu – kiedy otwierałem bagażnik sprzątając samochód zanim schyliłem się po odkurzacz już siedziała w środku.

Owczarek podhalański to duży pies, dlatego od samego początku zależało mi na jej dobrym ułożeniu. Skończyła ze mną dwa stopnie szkolenia, które zajęły nieco ponad 6 miesięcy.

Pomimo wieku szczenięcego Santi była spokojna, opanowana, i z przyjemnością pozwalała na siebie wchodzić i zaglądać choćby do uszu co przy małych dzieciakach w domu wcale nie było rzadkością.

Po kilku miesiącach przeprowadziliśmy się na wieś. Nowe miejsce, i inne warunki bytowania bo po przeprowadzce Santi zamieszkała na zewnątrz. Po dziś dzień ma pełną swobodę, biega luzem i tylko średnio dwa razy do roku, kiedy ma cieczkę, jest zamykana w budynku gospodarczym, który stanowi schronienie przed lokalnymi ciapkami – wiejskimi bogami miłości którzy dzięki Santi na średnio 3 tygodnie w roku przeprowadzają się do nas.

Santi żyje na wolności, nie jest ograniczone żadnym ogrodzeniem czy obrożą elektryczną czy czymkolwiek innym. Pomimo tego, poza krótkimi wypadami, leży sobie gdzieś w ogrodzie i czuwa – jak tylko usłyszy krzyk kogokolwiek z domowników zrywa się jak poparzona i biegnie na złamanie karku sprawdzić czy wszytko w porządku.

Podczas zabaw z dziećmi zawsze jej pilnujemy, choćby dlatego że w czasie zabawy jest energiczna i mogłaby je popchnąć i przewrócić.

Jest bardzo nieufna względem obcych, nawet osoby regularnie nas odwiedzające zawsze są traktowane jak zupełnie obce – na początek kilka warknięć, po jakimś czasie obwąchanie i dopiero po kilkudziesięciu minutach czasem kilku godzinach zezwala naszym gościom na wykonywanie gwałtowniejszych ruchów bez ostrzeżenia.

Lokalne ptaszki kochają jej wyczesywaną sierść i uszczelniają nią swoje gnizadka. Ptactwo domowe na tyle się do niej przyzwyczaiło, że szczególnie przed nią nie ucieka – wręcz przeciwnie ostatnio widziałem jak Santi w bezpośrednim starciu z trzema indorami postanowiła wycofać się i wczołgać pod traktor. Wynika to jednak z tego, że zawsze strofowałem ją jak pomagała zaganiać kury czy kaczki wieczorem do kurnika. Uwielbia to robić jednak czasami jak się rozochoci potrafi nieźle przydusić ptaszka do ziemi i czekać aż podejdziemy go odebrać.

Otwarcie musze przyznać, że jestem szczęściarzem. Wcześniej nie znałem tej rasy a teraz mogę powiedzieć że bardzo nie chciałbym już innego pieska zamiast niej. 

Na zakończenie jeszcze jedna historia – smutna historia.

    

Mieliśmy również jamniczkę szorstkowłosą o imieniu Tera – co w tłumaczeniu na kilka języków oznacza ziemia – jamniki te są często wykorzystywane przy polowaniach na lisy, zające czy dziki do wypłaszania zwierzyny – stąd Ewie skojarzyło się to z kopaniem w ziemi.

Pewnego dnia, kiedy byliśmy w drodze z Warszawy, dzieciaki spacerowały z Agą, młodszą siostrą Ewy, Tera została potrącona przez samochód na oczach dzieciaków, które bardzo to przeżyły, tym bardziej, że kierowca Czarnego Passata nawet się nie zatrzymał tylko dodał gazu i odjechał.

Smutna historia, którą przegadaliśmy z dzieciakami na spokojnie tłumacząc wszystko i dużo przytulając… głównie przytulając 🙂

Tym smutnym akcentem zakończę i zapraszam na kolejny odcinek podcastu już niebawem.

Do usłyszenia.

Pozbądź się toksycznej chemii z domu ze sprawdzonymi przepisami.
Pobierz swojego darmowego ebooka i zacznij działać już dziś!

*Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na przesyłanie Ci informacji o nowych wpisach, filmach, darmowych ebookach, nowościach, promocjach, produktach i usługach Zielony Zagonek. Zgodę będzie można w każdej chwili wycofać, a szczegóły związane z przetwarzaniem Twoich danych osobowych znajdziesz w

EKOsprzątanie
Przepisy, które pokocha Twój dom i zdrowie.
Pobierz swojego DARMOWEGO ebooka!
Wybór klientów
✓autograf Autorki!
✓tania wysyłka
✓5% upustu
102.78 zł
Zestaw książek
✓autograf Autorki!
✓tania wysyłka
✓10% upustu

✓autograf Autorki!
✓tania wysyłka

ź
$
Pojedyncza książka
39 zł
72.59 z